niedziela, 17 marca 2013

Bohaterowie

Hej. Tym razem to ja, Lelle. Przeglądając inne blogi zauważyłam, że praktycznie na każdy jest post dotyczący bohaterów. Ja zrobię podobnie, ale wstawię tylko grafiki. Charaktery odkrywajcie sami :-) Aha, stwierdziłam, że nie użyję jakiś zdjęć z internetu, ale zrobię własne. W simsach :-P
1. Dawid
 2. Agata (Matka Dawida)

3. Michał (Ojczym Dawida)


 4. Marcin (Brat Dawida)

 5. Lilia (Babcia Dawida)

6. Diana (Nauczycielka Dawida)




















7. Anna (Nauczycielka Dawida)




















8. Basia (Koleżanka Dawida)

Rozdział 6.


Rozdział 6.

Wtorki. Nic specjalnego. Pobudka, szkoła i powrót. Ale w ten wtorek stało się coś ciekawego. Opowiem wam o tym.
No więc: była sobie historia. A że historię lubię (i jestem z niej dobry), to się nie nudziłem. Mówiliśmy akurat o Izabeli Kastylijskiej i inkwizycji. Ciekawy temat, ale nie na teraz. Wracając, była sobie historia. No i wkrótce się skończyła. W sumie, to nie wiem po co o tym pisałem (żartuję, chciałem napisać, że jestem dobry z historii, możecie mi już bić brawa).
Po tej lekcji była przerwa półgodzinna. Chciałem sprawdzić, czy przypadkiem nie wróciła już pani Adler.  Szedłem więc w stronę sali plastycznej. Około w środku drogi zaczepił mnie nie kto inny, tylko Basia i, jak zwykle, jej ekipa. Gdy tylko mnie zobaczyła, podbiegła do mnie i wyściskała.
-Wrócił! Wrócił do mnie! – krzyczała.
-Eee… Gratuluję… - odpowiedziałem bez entuzjazmu.
-To dzięki tobie! – nie traciła energii. – Razem z Michałem zapraszamy Cię na imprezę. Bądź w sobotę o 20:00 w moim domu, OK.?
-Eee… - Nie zgadzaj się nie zgadzaj się, Dawid!!! – OK. Będę.
Dawidzie, jesteś głupi. Mimo wszystko, jesteś idiotą.
-AAA!!! To fantastycznie! Już myślałam, że odmówisz. A masz z kim przyjść?
-Nie…
-OK. To pójdziesz z Dominiką. – wskazała na nią palcem.
-Słyszałam moje imię. Ktoś ma do mnie jakąś sprawę? – zdezorientowana Dominika powala – jak zwykle.
-Tak. Idziesz z Dawidem na naszą imprezę. Odbierze cię o 19:00.
-Spoko. Dzięki za zaproszenie! – i pocałowała mnie w policzek. Chciałem zapaść się pod ziemię. Jaki wstyd! – Widzimy się o 19:00.
-No to pa! – rozmowa była w końcu zakończona.
Nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek będę się zadawać z bandą Basi. Ale cóż, życie jest nieprzewidywalne. Bardzo nieprzewidywalne. Wtedy, na korytarzu, sądziłem że tamta impreza będzie jednym z ostatnich spotkań z Basią. Tak naprawdę, to miałem taką nadzieję. Ale Barbara Orłowska odegrała bardzo ważną rolę w moim życiu. Bez niej moje życie nie byłoby takie piękne jakie teraz jest. Ale o teraźniejszości porozmawiamy kiedy indziej.
Po wszystkim poszedłem do sali plastycznej. Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że znajdę tu panią Adler. Najwyżej zapytam jakiegoś nauczyciela, co z nią.
W sali była pani Ordon. Gdy tylko mnie zobaczyła, uśmiechnęła się. Podszedłem do niej.
-Co tam? Jak nastrój po naszych piątkowych tworzeniach? – nauczycielka była bardzo radosna.
-Fantastycznie. – odpowiedziałem. – Chciałem się o coś zapytać.
-Słucham.
-Kiedy wróci pani Adler? Muszę z nią pilnie porozmawiać.
-Pani Adler? Muszę ci o czymś powiedzieć. – rudowłosa nauczycielka była zakłopotana. – Ona już nie będzie tutaj uczyć. Wczoraj się o tym dowiedziałam. Ja ją zastąpię. Ale mogę dać Ci jej adres. Na pewno miło cię przyjmie.
-Aha… - zasmuciłem się. Diana Adler była moją ulubioną nauczycielką. No cóż. Była już w podeszłym wieku, więc… - Ale sama odeszła?
-Nie. Szkoła ją zwolniła. Uczniowie skarżyli się, że jest już za stara, że potrzebują kogoś nowoczesnego. ‘Nie z tamtej epoki.’ – Tak to ujęła pani dyrektor. A to jest jej adres. – Podała mi żółtą karteczkę samoprzylepną.
-Dziękuję. – chciało mi się płakać. Rzuciłem krótkim ‘do widzenia’ i wyszedłem. Po chwili zabrzmiał dzwonek. To była moja ostatnia lekcja. Język polski. Straszny przedmiot.
Po szkole od razu poszedłem do pani Adler. Idąc, rozmyślałem o babci, o nowej nauczycielce, starej nauczycielce. Jak często, zadawałem sobie pytanie: ‘Dlaczego?’ Nie rozumiałem, dlaczego ją zwolniono. Przecież była taką dobrą osobą. A jak pięknie rysowała! Tyle mnie nauczyła. A jak te cepy nie potrafią dobrze rysować, czy malować, to po prostu wywalają nauczycielkę, Żal mi ich. Naprawdę. Żal.
Gdy dotarłem na jej osiedle, dość długo szukałem domu. Nigdy tam nie byłem. Lecz kiedy go znalazłem, aż się uśmiechnąłem. Był piękny.

poniedziałek, 11 marca 2013

Rozdział 5.


Rozdział 5.

                Weekend minął jakoś szybko. Za szybko – jak mrugnięcie okiem. Mam nadzieję, że całe moje życie nie będzie jednym mrugnięciem oka. Ale przynajmniej się nie nudziłem. Nie zgadniecie pewni co robiłem. Tak… Rysowałem… Skąd wiedzieliście? OMG, mówię jak do trzylatków. Jak teletubisie. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiałem je oglądać. A szczególnie tego bobaska w tym słoneczku. Jakie to były słodkie czasy…
                Więc – poniedziałek. Najgorszy dzień w tygodniu. Świetnie zobrazował to film „Nie lubię poniedziałku”. W sumie, to nigdy nie obejrzałem tego filmu, ale nie przyznaję się :-D. W sumie to lubię polskie filmy, szczególnie ‘Rozmowy Kontrolowane’. Ale teraz nie o tym.
                Poniedziałek. Wczesna pobudka. Kurde. Nie znoszę wczesnych pobudek. Ale C’est la vie – jakby to powiedzieli Francuzi. Więc pobudeczka, śniadanko, buciki na nóżki, całusek w czułko od mamusi i w drogę!
                Szedłem i szedłem, aż się zorientowałem, że idę w drugą stronę niż powinienem. Przystanek był gdzie indziej. Ale stwierdziłem, że pojadę innym, który odjeżdża z innego postoju. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że była to zła decyzja.
                Więc szedłem i szedłem. Szedłem, śmiejąc się z siebie. Kto normalny nie odróżnia prawej od lewej?! Ale jestem usprawiedliwiony – jestem sobą :-D.
                W pewnym momencie zauważyłem najgorszych ludzi w szkole. Baśka i jej psiapsiółki. Nie znosiłem ich i nie ukrywałem tego. No, w sumie, to je ignorowałem. Ale Basia… Właśnie Basia – to dość ważna osoba w tej historii. Więc, może ją opiszę.
                Barbara Orłowska – szesnastoletnia nastolatka. Brunetka, chociaż mówi się na nią czasem w szkole „Blondynka, ale farbowana”. Na twarzy 2 km3 tapicerki i tonę szminki. Krwistoczerwonej, a jakiej? Do tego anoreksja. No może przesadzam, ale wygląda jak wieszak. A ubiera się jak manekin z H&M-u. Pewnie, gdyby stanęła obok niego, to by wyglądała tak samo. No w sumie nie do końca. Manekin to manekin, a ona to wieszak. Charakter żaden. Ale podobno u siebie w domu ma słowniki polsko- : -angielski, - niemiecki, -francuski, -włoski, -hiszpański, - niderlandzki, -portugalski, -grecki, - japoński, -rosyjski i –duński. Nic nie rozumie, ale ma słowniki – czyli zna język.
                Wracając do tej jakże ciekawej historii… Aha, i jeszcze ma chłopaka – Michała. I pewnie się nie zdziwicie, jeżeli powiem, że należy do drużyny piłkarskiej.
                Więc, wracając do tej jakże porywającej historii… Stały tam. Na przystanku. Basia i jej przyjaciółki. Gdy tylko mnie zauważyły, zaczęły do mnie machać, uśmiechać się. Jedyne, na co mogłem sobie pozwolić to krótkie ‘cześć’. Następnie chciałem je spokojnie wyminąć, ale mnie zatrzymały.
                -Dawid! Porozmawiaj chwilę z nami! – pisnęła jedna z psiapsiółek Basi, Dominika.
                -OK. Jak tam? – Boże, jakie one są głupie.
                -No u nas fantastycznie! No może nie u Basi, no bo ona została wystawiona przez Michała w zeszły piątek. – Wiedziałem, co zaraz zrobię i chciałem się powstrzymać, ale…
                -A co się stało? Opowiedzcie mi. – Jaki ja jestem głupi, teraz będę tego żałować.
                Basia rzuciła mi się w ramiona z płaczem.
                -Jaka to ja jestem biedna! Dlaczego nikt mnie nie rozumie?! Na szczęście nie wszyscy faceci są tacy sami… Jesteś ty, i… Ty jesteś jedyny! Dlaczego? – Nie mogę. Jaka durna dziewczyna. Czy ona nie ma ważnych problemów?!
                -Ale nie masz dziewczyny, dlaczego? – Jej wyraz twarzy momentalnie się poprawił.
                -Wiecie co, muszę już iść.
                Ale finezję w kończeniu rozmów mam kurwa piękną, nie ma co. „Wiecie co, muszę już iść”? Dawid, zadziwiasz mnie (Teraz to jest znacznie lepiej, ale o teraz kiedy indziej). Mogłem się chociaż trochę wysilić. No okej… To Basia i w ogóle, ale nawet ona zasługuje na więcej niż „Wiecie co, muszę już iść”.
                A szkoła, jak to szkoła – nic ciekawego.
================================================================
Pozdrowienia dla wszystkich Baś. (Można tak pisać?) A szczególnie dla Ciebie, kochana. :-) Papatki.

środa, 6 marca 2013

Rozdział 4.


Rozdział 4.


Wysiadając z samochodu grzecznie się pożegnałem. Gdy pani Ordon już odjechała zacząłem się zastanawiać, co będzie w domu. Rodzice pewnie będą źli na mnie, że tak późno wróciłem. I jeszcze będą się pytać z kim byłem…
                Wszedłem. 22:02. Rzuciłem torbę na bok. 22:03. Wchodzę do salonu. Na kanapie leży mama, a na fotelu Michał.
                - Mogę wiedzieć gdzie do cholery byłeś?! – moja matka pośpiesznie wstała i zaczęła się drzeć. – No słucham?!
                Co się teraz stanie? Będzie tak jak zwykle. Nic jej nie odpowiem, tylko spuszczę wzrok. Wtedy ten Michał zacznie mnie bronić, chcąc się mi przypodobać. Zacznie mówić teksty typu: ‘Jak byliśmy w jego wieku też tak robiliśmy.’ albo ‘Uspokój się Agata, to jeszcze dziecko.’ Szczerze? Mam go w dupie, za przeproszeniem. Później matka każe mi iść do pokoju. Profesorek zadeklaruje się, że ze mną porozmawia. Przyjdzie do mojego pokoju i zacznie mnie pytać. A ja tylko krzyknę coś w stylu: ‘To moje życie, nie wasze!’, on wyjdzie, a matka przybędzie. Będzie chciała mnie przytulić, będzie przepraszać, ale oczywiście będzie chciała wiedzieć parę ‘najważniejszych rzeczy’: gdzie? z kim? a ładna chociaż? (jeśli to osoba płci żeńskiej) lub to ty masz kolegów? (jeśli płeć męska). A że moja mama zawsze wie kiedy kłamie, muszę nie mówić wszystkiego.
                - Nie gniewaj się na mnie… No to powiedz gdzie byłeś? – nadal mnie wkurza.
                - W małym domku pod miastem. – nie chcę być niemiły.
                - A z kim? – zaraz wybuchnę.
                - Z taką jedną… Anią. – niczego po sobie nie pokazuję.
                - O a ładna chociaż? – wiedziałem, że to powie. Jestem mądry.
                - Mamo! – tradycyjna odpowiedź.
                - No co? – zaraz będzie wykład o tym, jak to dorastam, że zaraz wyjadę za granicę, ożenię się, nie zaproszę jej na ślub, że ona mnie traci, że jeszcze nie przedstawiłem jej żadnej dziewczyny, że mnie kocha i że się o mnie martwi.
                -Synku… - zaczęła. - Wiesz. Tak szybko dorastasz… Pewnie zaraz wyjedziesz na studia za granicę, tam znajdziesz sobie jakąś ździrę, która mi Cię zabierze… Nie zaprosicie mnie na ślub i zapłaczę się na śmierć… Wiesz… Martwię się o Ciebie, kocham Cię i chciałabym poznać tą twoją dziewczynę…
                - Ale mamo! – przerwałem jej. Nie mogłem słuchać tego pieprzenia, za przeproszeniem.
                - Co? – JAK ZWYKLE zdziwiła się. – Zawsze będę przy Tobie.
                - Wiem mamo.
                - Więc, co chcesz na kolację?
                - Nic…
                I kolejna kłótnia.
                - Znikasz mi w oczach! To przez nią! Nie odchudzaj się dla niej! Jesteś najprzystojniejszym mężczyzną jakiego znam. Musisz jeść… Jeżeli ona od Ciebie tego wymaga, nie bądź z nią. Nie jest Ciebie warta…
                ‘Mamo, ty sobie żartujesz, prawda?’ to chciałem jej powiedzieć. No przecież ile można, do jasnej cholery! Jak nie kłótnia o późne wracanie, to o oceny, jak nie o oceny, to o jedzenie. Zaczęła mnie porządnie wkurzać.
                - Co? Musisz jeść! Inaczej umrzesz! I… i… - w jej oczach zaczęły pojawiać się łzy.
                - Dostałem szóstkę ze sprawdzianu z polskiego. – mój wyraz twarzy był niewzruszony.
                - Szóstka?! – w tej chwili moja mama się rozpromieniła i zaczęła wrzeszczeć. Za chwilę przybiegł Michał, z pytaniem ‘Co się stało?!’ – Dostał szóstkę! Mój syn! Z polskiego! Z „Nad Niemnem”!
                - Acha. – uspokoił się. – Gratuluję.
                Mama nie przestawała krzyczeć. Skakała, wyła, śmiała się. A przed chwilą prawie płakała z powodu mojego nie-jedzenia.
                Jasna cholera, kocham moją mamę.

poniedziałek, 4 marca 2013

Rozdział 3.


Rozdział 3.

                Piątkowe popołudnie. Jedne z tych, które zapamiętam i często będę do nich wracać. W tym małym, rozpadającym się domku spędziłem jedne z najpiękniejszych chwil w moim życiu.
                Dojechaliśmy tam około godziny 16:00, co było dość dziwne, zwykle jeżdżenie w okolicach Warszawy zajmuje wiele więcej czasu.  Ale to nieistotne. Ważne jest to, co tam robiliśmy. Nie żeby coś… Wiem o czym pomyślałaś, lub pomyślałeś. Nie, to nie to…
                Był czerwiec, więc słońce zachodziło później. W domku spędziliśmy kilka godzin, a były to jedne z najfajniejszych godzin w moim życiu. Od razu po przyjeździe weszliśmy do domku. Był dość… ciekawy. Wszystkie ściany, cała podłoga i sufit były pomalowane na biało.
                -To będzie nasze płótno. – powiedziała. – Przebierz się w to. – rzuciła mi biały fartuch.
                Szybko się przebrałem. Byłem bardzo ciekawy, co przygotowała dla mnie pani Ordon. Widziałem w niej osobę z wielką wyobraźnią – coś co rzadko widzę u innych, niestety. Po założeniu fartucha wróciłem do niej.
                - Okej. Będziemy malować ten dom. Mam temat na dziś. Ale najpierw… sam zgadnij – co mam na myśli? – zapytała.
                Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł. Powiedziałem, że muszę wyjść do toalety. Bez sprzeciwu pani Ordon udałem się tam. W łazience wziąłem karteczkę i napisałem na niej słowa: Anna Ordon i włożyłem ją za lusterko. Nagle, zacząłem w myślach słyszeć jej głos. Następnie wróciłem do niej.
                - I co? Co wymyśliłeś? – zapytała.
                - Jeżeli ten dzieciak zgadnie, że chodzi o kwiaty naprawdę się zdziwię… Kwiaty, uwielbiam je! A w szczególności białe róże! Właśnie, co tam dzisiaj zjem? Może pizzę? Nie, dziś chyba chińszczyzna. Tak. Chińszczyzna. Ciekawe, czy ten chłopak umie gotować? Jest nawet przystojny i wygląda trochę jak mój brat… - takie myśli słyszałem.
                - Chodzi o kwiaty? Hmm… Białe róże? – chciałem udawać pytający głos.
                - Skąd to wiedziałeś?! Przecież to niemożliwe! – nie kryła zdziwienia. Ja się uśmiechałem.
                - Można powiedzieć, że to była… intuicja. – odpowiedziałem.
                Chwilę potem przeszliśmy do innego pokoju. Jak wszystkie był… biały. Na samym środku leżały farby do ścian. Od czerwonych po czarne.
                - Okej. Więc zaczynamy. Masz. – podała mi pędzel. – To teraz twój świat. – uśmiechnęła się.
                Na początku zanurzyłem pędzel w niebieskiej farbie. Gdy już chciałem go stamtąd wyjąć, pani Ordon krzyknęła.
- Czekaj! – po tym wyszła. Wróciła po chwili z magnetofonem. Włączyła go i usłyszeliśmy znaną nam dobrze piosenkę ‘Ironic’ Alanis Morisette. Z tą muzyką wróciliśmy do tworzenia.
Przez to malowanie, całkowicie wyłączyłem się. Skupiałem się jedynie na tworzeniu. Używałem barw zimnych i ciepłych, polichromatycznych i monochromatycznych (trudne słowa, co nie? :-P). Jednym słowem, przelałem swoje uczucia na… ścianę.
W pewnej chwili ‘Ironic’ się skończyło. Razem z panią Ordon zastygliśmy w bezruchu. Czekaliśmy na kolejną. Nagle, ku naszej uciesze, usłyszeliśmy ‘Bad’ Michaela Jacksona. I zaczęliśmy się drzeć, nieudolnie śpiewać znane nam słowa. Muzyka łączy ludzi, nie ma co…
                Wróciliśmy do tworzenia. Przy tym czuje się jak w raju – czy maluję, czy rysuję… Wtedy myślałem, że to wszystko dla czego żyję. Teraz wiem, że zdarzyły mi się jeszcze o wiele piękniejsze rzeczy. Ale o tym kiedy indziej.
                Przez nasz proces twórczy przesłuchaliśmy wiele piosenek, między innymi ‘Jenny’ Edyty Bartosiewicz i ‘Vogue’ Madonny. Trwało to dość długo. Malowaliśmy aż do zachodu słońca. Wtedy nadszedł czas na porównanie naszych prac.
                Na ścianie pani Ordon malowała się łąka pełna kwiatów. Szczerze mówiąc nie było to za dorosłe, jak dla mnie oczywiście…  A widząc moją ścianę ona trochę się zawstydziła…

========================================================================
Hej! Mam nadzieję, że nie zdenerwujecie się na mnie za tą nieobecność :-) Teraz będę dodawać posty częściej, obiecuję :-)

wtorek, 26 lutego 2013

Rozdział 2.


Rozdział 2.

                Czwartek. Dzień testu z języka polskiego. Ale nie interesował mnie teraz – ważne było dla mnie odnalezienie pani Adler i zapytanie o lusterko. W liceum byłem już o siódmej, mimo że lekcje zaczynałem dopiero za trzy godziny. Szybko przybiegłem do sali 201 – sali rysunku. Niestety, pani Diany jeszcze nie było. Usiadłem więc przy swojej ławce i dla zabicia czasu wyjąłem ołówek, kartkę i zacząłem rysować. Czas zleciał bardzo szybko.
                -Masz potencjał. – usłyszałem głos za sobą. Odwróciłem się i zobaczyłem młodą kobietę z rudymi włosami. Uśmiechała się. – Nazywam się Anna Ordon.  Jestem nauczycielką rysunku i przez kilka tygodni będę zastępować panią Dianę. Pięknie rysujesz. Powinieneś wiązać z tym swoją przyszłość. – Uśmiechnęła się.
                -Dziękuję. – Byłem trochę speszony. – A, jeżeli można wiedzieć, dlaczego nie ma pani Adler? Gdzie jest?
                -Wyjechała na… urlop. Poprosiła mnie, abym ją zastąpiła. Aha, znasz może chłopaka o imieniu Dawid? Chciała, żebym poprowadziła z nim prywatne lekcje rysunku.
                -Ja nazywam się Dawid. – Na mojej twarzy też pojawił się uśmiech. Prywatne lekcje? Czyli jednak mam talent! – A te prywatne lekcje, to kiedy?
                -Może piątki od 16:00? – Mimo, że piątek to był jedyny dzień, w którym miałem wolne popołudnie, zgodziłem się. – Zaczniemy od jutra?
                -Świetnie. Będę.
                -Bądź przed szkołą. A teraz pokaż mi to swoje dzieło.
                Przez prawie pół godziny rozmawialiśmy o moim rysunku, który przedstawiał pustkowie. Wkrótce zauważyłem, że mamy podobne charaktery. Dogadywałem się z nią prawie jak z moją babcią, w sumie, też rysowniczką. Później rozmowa zeszła na sztukę. Po długim czasie zauważyłem, że była już za dziesięć dziesiąta, a jeszcze miałem test z języka polskiego. Szybko pożegnałem się z moją nową, rudą nauczycielką i wyszedłem.
                Na test prawie się nie spóźniłem, lecz później nie było już tak wspaniale. Sprawdzian ze znajomości lektury „Nad Niemnem”. Mimo, że to przeczytałem nie mogłem się skupić. Cały czas myślałem to o lusterku, to o prywatnych lekcjach z panią Ordon. Lecz cóż mogłem zrobić.
                Nagle spostrzegłem, że w ręce trzymam małą karteczkę, na której napisane było nazwisko nauczyciela polskiego – pana Sewerskiego. Profesor pomyślałby że ściągam, więc schowałem papierek do lusterka, które miałem zawieszone na szyi. I dalej pisałem. Chwilę potem zacząłem słyszeć jakiś głos. Słyszałem odpowiedzi na wszystkie pytania, lecz nie wiedziałem, czy mogę im zaufać. Po chwili zdecydowałem jednak, że napiszę tak jak podpowiada mi ten „głos”.
                Test skończyłem jeszcze przed czasem, przez co profesor sprawdził go jeszcze na lekcji. Dostałem szóstkę – nie miałem ani jednego błędu! Chciałem krzyczeć z radości! Ale ten głos mnie nie opuścił. Następne lekcje minęły bardzo szybko. Po szkole szybko wróciłem do domu, gdzie od razu pobiegłem do swojego pokoju. Z lusterka wyjąłem papierek (po tym przestałem słyszeć głosy, ale to chyba był zbieg okoliczności) i po chwili zabrałem się za rysowanie – musiałem w końcu przynieść coś na jutrzejsze dodatkowe zajęcia. Pracowałem długo, ale ile prac stworzyłem! Od martwej natury po portrety, od architektury po akty. To było z dwadzieścia prac. W końcu, o jedenastej w nocy zorientowałem się, że powinienem odrobić lekcję. No i je zrobiłem. Mimo zmęczenia byłem szczęśliwy.
                W piątek lekcje zaczynałem o dziewiątej, niestety podwójnym wychowaniem fizycznym. Salę gimnastyczną i szatnię dzieliliśmy z pobliską drużyną piłkarską, z wyrośniętymi, umięśnionymi matołami. Odbywały się tam męczarnie! Śmiali się z nas, dokuczali, dręczyli. A że w klasie było nas tylko czterech mało mogliśmy zrobić z jedenastoma gorylami, z których trzy czwarte uczęszczało jeszcze na boks, czy wrestling. I jeszcze jedzie od nich piwem. Po wychowaniu fizycznym przyszedł czas na chemię, później matma, francuski i ostatni przedmiot – angielski. Skończyłem około godziny 15:30. Na panią Ordon zaczekałem pod szkołą.
                Wkrótce się pojawiła. Wsiadłem do jej samochodu i zaczęliśmy jechać. Zabrała mnie za miasto. Do małej chatki w lesie.

niedziela, 24 lutego 2013

Rozdział 1.


Rozdział 1.

                Środa. Dzień jak co dzień. Pobudka o siódmej. Śniadanie składające się z, jak zwykle, tylko płatków z mlekiem. Następnie autobus i liceum plastyczne. Jak zawsze w środy na początku język francuski (z którego nawet jestem dobry), później matematyka, angielski i inne niepotrzebne przedmioty. Na szczęście o piętnastej jest mój ulubiony przedmiot – rysunek. Te lekcje są dla mnie czymś, dla czego żyję. Nasza nauczycielka, mimo wysokiego wieku, jest jedną z najlepszych i najbardziej lubianych pracowników liceum. To co kocham w jej lekcjach to jej zapał do rysowania – pokazuje nam najlepsze techniki rysunku. Oczywiście tym, którzy ją słuchają. Wielu podczas tych zajęć po prostu zakłada słuchawki i słucha jakiegoś współczesnego „kiczu”, typu Justina Biebera, czy cokolwiek czego oni słuchają. Wracając do nauczycielki – nazywa się Diana Adler i pochodzi z Austrii. Świadczy o tym jej dość specyficzny akcent. Nie zmienia to faktu, iż nadal jest moją ulubioną nauczycielką. Po lekcjach w liceum udaję się na lekcję gry na skrzypcach.  Po wszystkich katorgach środy i tylko dwie godziny przyjemności mam około półtorej godziny na odrobienie lekcji na czwartek i czas wolny, który spędzam przede wszystkim na rysowaniu, czytaniu i słuchaniu muzyki. Lecz tego dnia stała się rzecz niezwykła. Stało się coś przez co musiałem zgłosić nieprzygotowanie z wszystkich możliwych przedmiotów.
                Do domu wróciłem około godziny 19:30. W domu była już moja mama – Agata, profesor romanistyki na uniwersytecie, Michał – mój ojczym, profesor slawistyki i mój młodszy brat. Bez słowa udałem się do mojego pokoju, który znajduje się na pierwszym piętrze. Przebrałem się w strój, w którym chodzę po domu i zabrałem się do odrabiania lekcji. Pierwszą rzeczą za którą się zabrałem była matematyka. Te cholerne funkcje! Nie mogłem się na tym skupić i zadecydowałem, że muszę trochę odpocząć. A dla mnie najlepszym relaksem jest rysowanie. Przygotowałem ołówki, papier i inne niezbędne rzeczy. Lecz co narysować? Przez te funkcje nie mogłem niczego wymyślić. Zdecydowałem, że naszkicuję martwą naturę. „Na pewno znajdę coś na strychu.” pomyślałem. Tam się też udałem. Poddasze to jedyne miejsce w domu, gdzie jest cicho i nikt z rodziny tu nie wchodzi. Większość przedmiotów tutaj to rzeczy zmarłej kilka lat temu mojej babci. Była jedyną osobą z rodziny, z którą mogłem porozmawiać. Tak jak ja uwielbiała sztukę i sama rysowała. Znajdowałem w niej bratnią duszę. W swoim testamencie napisała, że wszystkie rzeczy ze strychu są moje. Tak więc tego wieczora znalazłem coś, co na zawsze zmieniło moje życie.
                To było lusterko. Małe, w metalowej osłonce, zawieszone na srebrnym łańcuszku. Wziąłem je. Nadawało się świetnie na obiekt do rysowania. Szybko wróciłem z nim do mojego pokoju, położyłem się na łóżku i otworzyłem pokrywkę. Po prawej stronie było okrągłe lusterko, a po przeciwnej zdjęcie babci wykonane w sepii i jakaś pożółkła już karteczka. Rozwinąłem ją. To był list, zaadresowany do mnie. Przeczytałem: 
„Witaj mój kochany wnuczku. Więc w końcu znalazłeś moje lusterko. Miałam nadzieję, że zdążę dać Ci je jeszcze za mojego życia, ale niestety byłeś jeszcze za mały. Wracając do lusterka, jest dość niezwykłe. Pokaż je Dianie Adler, twojej nauczycielce, a mojej przyjaciółce. Ona Ci wszystko wyjaśni. Dobranoc wnuczku. Twoja babcia.” 
Zdziwił mnie ten list. Zdecydowałem, że w czwartek zapytam o nie panią Adler. Chwilę potem zabrałem się do rysowania.
                Szło mi fatalnie. Lusterko zdawało się co chwilę zmieniać położenie. Po piętnastu minutach odpuściłem i zszedłem na dół zjeść kolację. Przy stole siedzieli już pozostali domownicy.
                -Dawid, co było w szkole? – standardowe pytanie zadawane przez mamę przy kolacji.
                -Nic. – odpowiedziałem.
                -Nigdy nic mi nie opowiadasz! Ty mnie już nie kochasz, tak? – mama była jakoś dziwnie rozdrażniona i chwilę potem wybiegła z pokoju. Za nią poszedł Michał.
                -Pewnie ma okres. W szkole mówili, że wtedy kobiety są wkurzające i trzeba znosić wszystkie ich zachcianki. – palnął mój brat. Po tych słowach zastanawiałem się dlaczego mam takiego durnego brata. Ale cóż – rodziny się nie wybiera…
                Potem wróciłem do pokoju, położyłem się na łóżku, zamknąłem oczy… Ale tylko na chwilę!!! Niestety zasnąłem.

Prolog

Cześć. Jestem Lelle i na tym blogu będę opowiadać historię pewnego nastolatka - Dawida. Ma on 16 lat i jest artystą. Chodzi do liceum plastycznego i większość czasu spędza na rysowaniu. Jego historię przedstawię w rozdziałach, które będę dodawać średnio raz na tydzień. Mam nadzieję, że ta historia Wam się spodoba i będziecie mnie wspierać komentarzami i subskrypcjami (to nic nie kosztuje :-P). Coś jeszcze? Chyba nie. Więc siadajcie i czytajcie (Chyba że stoicie lub leżycie - ale i tak czytajcie).