niedziela, 17 marca 2013

Rozdział 6.


Rozdział 6.

Wtorki. Nic specjalnego. Pobudka, szkoła i powrót. Ale w ten wtorek stało się coś ciekawego. Opowiem wam o tym.
No więc: była sobie historia. A że historię lubię (i jestem z niej dobry), to się nie nudziłem. Mówiliśmy akurat o Izabeli Kastylijskiej i inkwizycji. Ciekawy temat, ale nie na teraz. Wracając, była sobie historia. No i wkrótce się skończyła. W sumie, to nie wiem po co o tym pisałem (żartuję, chciałem napisać, że jestem dobry z historii, możecie mi już bić brawa).
Po tej lekcji była przerwa półgodzinna. Chciałem sprawdzić, czy przypadkiem nie wróciła już pani Adler.  Szedłem więc w stronę sali plastycznej. Około w środku drogi zaczepił mnie nie kto inny, tylko Basia i, jak zwykle, jej ekipa. Gdy tylko mnie zobaczyła, podbiegła do mnie i wyściskała.
-Wrócił! Wrócił do mnie! – krzyczała.
-Eee… Gratuluję… - odpowiedziałem bez entuzjazmu.
-To dzięki tobie! – nie traciła energii. – Razem z Michałem zapraszamy Cię na imprezę. Bądź w sobotę o 20:00 w moim domu, OK.?
-Eee… - Nie zgadzaj się nie zgadzaj się, Dawid!!! – OK. Będę.
Dawidzie, jesteś głupi. Mimo wszystko, jesteś idiotą.
-AAA!!! To fantastycznie! Już myślałam, że odmówisz. A masz z kim przyjść?
-Nie…
-OK. To pójdziesz z Dominiką. – wskazała na nią palcem.
-Słyszałam moje imię. Ktoś ma do mnie jakąś sprawę? – zdezorientowana Dominika powala – jak zwykle.
-Tak. Idziesz z Dawidem na naszą imprezę. Odbierze cię o 19:00.
-Spoko. Dzięki za zaproszenie! – i pocałowała mnie w policzek. Chciałem zapaść się pod ziemię. Jaki wstyd! – Widzimy się o 19:00.
-No to pa! – rozmowa była w końcu zakończona.
Nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek będę się zadawać z bandą Basi. Ale cóż, życie jest nieprzewidywalne. Bardzo nieprzewidywalne. Wtedy, na korytarzu, sądziłem że tamta impreza będzie jednym z ostatnich spotkań z Basią. Tak naprawdę, to miałem taką nadzieję. Ale Barbara Orłowska odegrała bardzo ważną rolę w moim życiu. Bez niej moje życie nie byłoby takie piękne jakie teraz jest. Ale o teraźniejszości porozmawiamy kiedy indziej.
Po wszystkim poszedłem do sali plastycznej. Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że znajdę tu panią Adler. Najwyżej zapytam jakiegoś nauczyciela, co z nią.
W sali była pani Ordon. Gdy tylko mnie zobaczyła, uśmiechnęła się. Podszedłem do niej.
-Co tam? Jak nastrój po naszych piątkowych tworzeniach? – nauczycielka była bardzo radosna.
-Fantastycznie. – odpowiedziałem. – Chciałem się o coś zapytać.
-Słucham.
-Kiedy wróci pani Adler? Muszę z nią pilnie porozmawiać.
-Pani Adler? Muszę ci o czymś powiedzieć. – rudowłosa nauczycielka była zakłopotana. – Ona już nie będzie tutaj uczyć. Wczoraj się o tym dowiedziałam. Ja ją zastąpię. Ale mogę dać Ci jej adres. Na pewno miło cię przyjmie.
-Aha… - zasmuciłem się. Diana Adler była moją ulubioną nauczycielką. No cóż. Była już w podeszłym wieku, więc… - Ale sama odeszła?
-Nie. Szkoła ją zwolniła. Uczniowie skarżyli się, że jest już za stara, że potrzebują kogoś nowoczesnego. ‘Nie z tamtej epoki.’ – Tak to ujęła pani dyrektor. A to jest jej adres. – Podała mi żółtą karteczkę samoprzylepną.
-Dziękuję. – chciało mi się płakać. Rzuciłem krótkim ‘do widzenia’ i wyszedłem. Po chwili zabrzmiał dzwonek. To była moja ostatnia lekcja. Język polski. Straszny przedmiot.
Po szkole od razu poszedłem do pani Adler. Idąc, rozmyślałem o babci, o nowej nauczycielce, starej nauczycielce. Jak często, zadawałem sobie pytanie: ‘Dlaczego?’ Nie rozumiałem, dlaczego ją zwolniono. Przecież była taką dobrą osobą. A jak pięknie rysowała! Tyle mnie nauczyła. A jak te cepy nie potrafią dobrze rysować, czy malować, to po prostu wywalają nauczycielkę, Żal mi ich. Naprawdę. Żal.
Gdy dotarłem na jej osiedle, dość długo szukałem domu. Nigdy tam nie byłem. Lecz kiedy go znalazłem, aż się uśmiechnąłem. Był piękny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz